Strony

niedziela, 21 października 2018

Rozdział szósty


Marie POV:

Czekanie na Freyę się opłaciło. Kiedy tylko dostrzegam ją, jak wysiada z taksówki i przebiega na drugą stronę, wysiadam z samochodu. Zanim ma szansę podejść, wyłania się Vanessa, razem z moim dzieckiem. Freya przystaje kilka kroków przed nami, a jej twarz wyraża szczery szok. O to chodziło. Jestem tutaj po to, aby pokazać tej małej suce, jak wspaniałe mam życie. Zabrałam jej syna, odzyskałam męża, a ona została z niczym. Jedyny plus jest taki, że wreszcie się ogarnęła i ponownie wygląda pięknie.
- Witaj, Freyo - uśmiecham się, siląc na uprzejmy ton - Byłam w okolicy i postanowiłam cię odwiedzić.
- Nie mam czasu na rozmowę z tobą, Marie. Jesteś ostatnią osobą, którą chcę widzieć na oczy. Żegnam.
- Chwila! - zagradzam jej drogę, aby nie mogła wejść do budynku - Nie chcesz zobaczyć mojego syna?
- Tak się składa, że to mój syn. Jestem jego biologiczną matką i nigdy nie będziesz w stanie tego zmienić.
- I co z tego, skoro to ja go wychowam? To ja będę patrzeć, jak się uśmiecha, gaworzy. Będę go tulić, kiedy dopadnie go kolka i kiedy będą rosły mu ząbki. Będę przy nim, kiedy postawi swój pierwszy krok i powie mama - unoszę dumnie brodę, aby pokazać jej, że jest nikim! Zaciska usta, a w jej oczach błyszczą łzy - Chciałaś odebrać mi męża, ale nasza miłość jest zbyt silna, aby mógł odejść. On tylko się tobą bawił, pieprzył, a po wszystkim wrócił do mnie, jak potulny mąż. To paskudne uczucie być tą drugą. Prawda?
- Byłaś tą drugą przez dziesięć miesięcy, Marie, nawet o tym nie wiedząc. Świetnie bawiłam się z twoim mężem, którego zresztą sama mi oddałaś. Nie bądź taka cwana, ponieważ wiem, jaka podła z ciebie suka. Odrobinę cię poznałam, a resztę opowiedziała mi Charlotte. To smutne, że trzymasz przy sobie męża jednie litością, płacząc przed nim, udając niewiniątko. Może on jednak wcale cię nie kocha, hmm?
- Zamknij się - syczę przez zęby, a moja dłoń sama wędruje w górę i spotyka się z jej policzkiem, aż odrzuca głowę w bok - Jesteś tylko gówniarą, która za dużo sobie wyobrażała. Justin jest mój! 

- To się jeszcze okaże, czyj jest Justin - prycha pod nosem, odgarniając włosy, które opadły jej na twarz - Mam nadzieję, że pewnego dnia zobaczy to, jaka jesteś podła i rzuci cię w cholerę. Nie zasługujesz na niego - obrzuca mnie obojętnym spojrzeniem, wchodzi do środka i znika z zasięgu mojego wzroku. 

Wchodzę do domu nabuzowana jak diabli. Vanessa ulotniła się, ale może to i lepiej. Nie mam ochoty na wysłuchiwanie jej kazań, a na pewno strzępiłaby jęzor, jak mogłam dać się tak potraktować tej dziwce. Właśnie jak?! Nie sądziłam, że odpyskuje, ale jak widać zahartowała się i ma czelność dyskutować.
- Bezczelna gówniara - burczę pod nosem, podchodzę do barku i nalewam odrobinę whisky. Pochłaniam całość jednym haustem, a przyjemnie ciepło roznosi się w żyłach. Mam ochotę po prostu się urżnąć.




Justin POV:
Kiedy tylko przekraczam próg domu, dociera do mnie przeraźliwy płacz Gabriela. Rzucam teczkę, wchodzę do salonu i dopadam do fotelika samochodowego, po czym biorę go na ręce. Jest cały spocony, w dodatku zbyt ciepło ubrany i zapłakany. Uspokajam go i rozglądam się w poszukiwaniu mojej żony. Co jest grane?
- Cichutko, jestem przy tobie - szepczę cicho, układam go na kanapie i szybko rozbieram. Zostawiam go jedynie w spodenkach i kaftaniku, przechodzę do kuchni i wstawiam wodę na mleko - Gdzie jest Marie, hmm? - grucham do niego, zatykam go smoczkiem, przez co się uspokaja - Pójdziemy jej poszukać, co ty na to? - przenoszę małego na drugie ramię, wchodzę po schodach i zaglądam do naszej sypiali. Ku mojemu zaskoczeniu, Marie śpi - Czy ona robi sobie jaja? - prycham wkurwiony, podchodzę i siadam na brzegu łóżka, potrząsając jej ramieniem - Obudź się, kobieto! - mówię ostrzej, niż zamierzałem, a Marie budzi się natychmiast. Przeciera zaspane oczy i marszczy brwi na mój widok - Co się z tobą dzieje, kochanie? Mały leżał w foteliku, w dodatku ubrany ciepło jak na wyjście i strasznie wrzeszczał. Nie słyszałaś go?
- Rany, przepraszam. Dopadła mnie przeklęta migrena, która prawie rozsadziła mi głowę. Byłam z Aidenem na spacerze, spał smacznie, więc i ja skorzystałam. Gdyby długo płakał, na pewno bym usłyszała.
- Proszę, nie zostawiaj go samego, dobrze? Jeśli chcesz się przespać, niech śpi w tym samym pokoju.
- Oczywiście - uśmiecha się i cmoka mnie w usta - Na pewno będzie głodny, skoro tak bardzo płakał.
- Już wstawiłem wodę. Idziesz z nami? - Marie uśmiecha się, przeciąga i we trójkę człapiemy na dół. 


W piątek w firmie mam totalny zapierdol. Każdy coś chce, coś musi być podpisane na cito albo nagle ktoś czegoś nie potrafi. Jestem jedną nogą przy weekendzie, ale nie ma tak dobrze, swoje trzeba odpracować.
- Szefie - Donnie pojawia się w drzwiach, lekko skrępowany - Mam sprawę, osobistą - gestem dłoni zapraszam go do środka, siada naprzeciwko mnie i obraca w dłoniach białą kopertę - Bo wie szef...
- No dalej, Donnie! Pracujesz ze mną od dawna, a takiego widzę cię po raz pierwszy. Przecież nie gryzę!
- Wiem - przewraca oczami, nieco się rozluźniając - To dla szefa - wręcza mi ów kopertę, którą otwieram, a moim oczom ukazuje się zaproszenie na ślub. A to niespodzianka! - Za dwa miesiące się żenię.
- Co takiego?! Dlaczego nie wspomniałeś o tym ważnym dniu? Potrzebujesz wolnego? Może pomocy?
- Nie, nie, dziękuję! Na szczęście Stephanie, moja narzeczona, zna się na rzeczy i ogarnia temat.
- To świetnie! Gdybyście jednak potrzebowali pomocy, czy czegokolwiek, wal do mnie śmiało. Dobrze?
- Jasne, dzięki, szefie. Liczę na to, że szef pojawi się na naszym ślubie? To dla mnie bardzo ważne.
- Oczywiście, że się pojawię. Jak mógłbym to przegapić? - jeszcze raz spoglądam na zaproszenie, szukając dokładnej daty. Dwudziesty kwietnia, muszę zapisać w kalendarzu - Dziękuję za zaproszenie, Donnie.
- Nie ma sprawy, uciekam do pracy. Sergiej Rostov dzwonił. Ma pojawić się przed południem.
- Tak, wspomniał o poprawkach w projekcie. Daj mi znać, kiedy już będzie - Donnie przytakuje głową i wychodzi, a ja zostaję sam. Sprawdzam pocztę, upijam łyk kawy, a Donnie ponownie pojawia się w moich drzwiach - Co jest? Rostov już przybył? - spoglądam na zegarek, ale dochodzi dopiero jedenasta.
- Nie. Ma pan gościa - Donnie zerka na kartkę, a potem na mnie - Nazywa się Freya Parker - kurwa mać!
- Wpuść ją i nie łącz mnie z nikim - zrywam się niczym poparzony wrzątkiem, zapinam marynarkę i poprawiam krawat. Freya wchodzi chwilę później, zamyka za sobą drzwi i patrzy mi w oczy - Jestem zaskoczony, że odwiedziłaś mnie w firmie. Nigdy wcześniej tutaj nie byłaś. Czy coś się stało, aniołku?
- Przyszłam tutaj, ponieważ mam do ciebie sprawę - wskazuję na fotel, ale Freya kiwa głową - Postoję, to zajmie chwilę i już mnie nie ma - cholera! Skoro już stoi przede mną, chciałbym nacieszyć się nią nieco dłużej - Wiem, że nasza umowa dobiegła końca. Wywiązałam się z niej, oddałam wam moje dziecko, dostałam pieniądze - podchodzę bliżej, nie spuszczając z niej wzroku. Nic nie rozumiem - Nasze drogi się rozeszły, każdy poszedł w swoją stronę. Chciałabym spokojnie żyć, wiesz? - mówi smutno, aż coś chwyta mnie za serce. Tak bardzo chcę jej dotknąć, pocieszyć, zapewnić, że jestem obok i zawsze jej pomogę - Więc proszę cię z całego serca, Justin, zrób coś ze swoją żoną, aby wreszcie dała mi spokój - uchylam usta zszokowany, ponieważ nie mam pojęcia, o czym ona mówi! - Niech nie nachodzi mnie, nie dręczy i nie policzkuje. Była wczoraj pod moją klatką, razem z Gabrielem - krew odpływa mi z twarzy. Muszę podeprzeć się biurka, inaczej szok zwali mnie z nóg - Po twojej minie wnioskuję, że nie wiedziałeś.
- Oczywiście, że nie wiedziałem! Gdybym cokolwiek podejrzewał, nigdy bym jej na to nie pozwolił.
- Porozmawiaj z nią, proszę. Niech cieszy się tym, czego ja mieć nie mogę. Niech da mi spokój, ponieważ nie życzę sobie, aby przychodziła pod moje mieszkanie i wygadywała rzeczy, po których czuję się jak wielkie nic. Ja naprawdę staram się jakoś przeć do przodu, ale ona mi tego nie ułatwia, Justin.
- Och, Freyo - biorę się w garść, robię krok w przód i chowam ją w swoich ramionach. Czuję, jak spina się niemal natychmiast - Porozmawiam z nią i zabronię jej kontaktów z tobą. Nic nie wiedziałem, nie miałem nawet podejrzeń, ze robi coś takiego - głaszczę jej plecy, napawając się zapachem jej włosów. Boże, jak potwornie mi jej brakuje - Tęsknię za tobą, aniele. Pozwól zabrać się na kolację, potrzebuję cię.
- Przykro mi, nie mogę - odsuwa się, poprawiając torebkę na ramieniu - Ty masz swoje życie, ja mam swoje. Uczę się do sesji, którą mimo niepowodzeń próbuję zdać. Chciałam jedynie powiedzieć ci o twojej żonie, która się rozpędziła. Ach i dziękuję za zdjęcie Gabriela. Ucałuj go ode mnie - uśmiecha się smutno, odwraca i wychodzi, a ja zostaję sam i chociaż dopiero wyszła, moje serce przepełnia tęsknota.

Przez resztę godzin w pracy nie mogę się skupić. Jednym uchem słucham Sergieja, który narzuca poprawki w projekcie i staram się ogarnąć, co do mnie mówi. Myślami jestem przy mojej pięknej blondynce, która na szczęście wygląda o wiele lepiej, niż przy naszym ostatnim spotkaniu. Kolory wróciły na jej uroczą buzię, pofalowała włosy, zrobiła lekki makijaż i założyła szarą sukienkę, w której była u moich rodziców. Mimo, iż większość zasłaniał płaszczyk i tak widziałem zarys jej sylwetki. Nadal jest ciut za chuda, jednak mam nadzieję, że dojdzie do siebie. Prawie miesiąc temu urodziła dziecko, a w ogóle nie widać, żeby była w ciąży. Moja biedna, kochana dziewczynka. Musiała przeżyć wiele stresu, rozczarowań i wylać mnóstwo łez. Nie chciałem być tego powodem, ale wszystko, co mogło pójść nie tak, poszło. Dlatego moim celem było odzyskanie jej. Na razie miałem zamiar robić małe kroki, aby na nowo zdobyć jej zaufanie.


Wchodzę do domu punkt czternasta dwadzieścia. Odwieszam płaszcz, odkładam teczkę i zsuwam buty.
W środku panuje cisza, jak makiem zasiał, co odrobinę mnie dziwi. Marie zabiera małego na spacery przeważnie koło południa, więc tym bardziej dziwi mnie jej nieobecność. Oby znowu czegoś nie odwaliła. A może znowu śpi? Idę na górę, wchodzę do naszej sypialni, ale nie zastaję w niej nikogo. Ku mojemu zaskoczeniu, na stoliku nocnym leży karteczka, a na niej napisane tylko trzy słowa; 
zadzwoń do mnie. Wyjmuję telefon, drżącą dłonią wybieram jej numer i czekam. Nie ukrywam, jestem zaniepokojony.

- Hejka, misiaczku! - jej radosny głos roznosi się w telefonie, aż oddycham z ulgą - Jesteś już w domu?
- Tak, ale ciebie w nim nie ma. Gdzie jesteś, kochanie? Jeśli na spacerze, mogę do was dołączyć.
- Właściwie nie jesteśmy na spacerze, nie ma nas nawet w Nowym Jorku - kurwa! Serce podjeżdża mi do gardła, a dłonie zaczynają się pocić - Postanowiłam zabrać małego na weekend do rodziców.
- C-co? - jąkam się i muszę usiąść, inaczej padnę jak długi - Zabrałaś go do Kanady, nic mi nie mówiąc?
- Teraz ci mówię. Dopiero rano się zdecydowałam, kiedy znowu zostałam sama. Aiden jest zadowolony.
- Marie, tak się nie robi! Powinnaś była ze mną o tym porozmawiać, a ty ot tak sobie wyjeżdżasz?!
- Nie krzycz, przecież nie stało się nic złego, prawda? W niedziele wieczorem będziemy z powrotem.
- Mogłaś mi powiedzieć, poleciałbym z wami. Nie podoba mi się, że zataiłaś to przede mną, Marie.
- Przepraszam, skarbie. Nie chciałam robić z tego wielkiej tajemnicy, ale wiem też, że próbowałbyś mi zabronić. Rozmawialiśmy na ten temat, kiedy wróciłam ze spa. Znam twoje zdanie na ten temat.
- Och, daj spokój. Gdybyś bardzo chciała polecieć, zrobiłbym to razem z wami. A ty uciekłaś!
- Oj, na pewno następnym razem polecimy wszyscy, obiecuję. Proszę, nie gniewaj się na mnie, dobrze?
- W porządku - wzdycham ciężko, poluźniając krawat - Uważaj na siebie i dbaj o naszego syna, tak?
- Pewnie, skarbie. Zadzwonię do ciebie wieczorem, całuję - cmoka w słuchawkę i już jej nie ma.
 

Korzystając z wolnego weekendu, postanawiam wprowadzić odrobinę swojego planu w życie. Może i nie powinienem tego robić, ale skoro chcę odzyskać Freyę, muszę postawić na swoim. Drobnymi kroczkami dojdę do celu, ale najpierw będę musiał zrobić porządek ze swoim małżeństwem. Jakoś przygotować Marie na to, co się niebawem wydarzy, a czego odwlekać już dłużej nie mogę. Męczę się, a widok Freyi kompletnie mnie rozwala. To przy jej boku pragnę być. To jej dotyk pragnę czuć. Może i popełniłem wielki błąd wybierając Marie, ale wierzę, że jeszcze nic straconego. Muszę to jakoś naprawić.

O dwudziestej stoję przed drzwiami apartamentu Freyi. Ściskam w dłoniach uszy wielkiej siaty z pysznym żarciem, winem i przekąskami. Jestem potwornie zestresowany i mija chwila, zanim zdobywam się na odwagę i pukam trzy razy. Mój żołądek wywija koziołki, a serce dudni, obijając się o żebra.
Dźwięk przekręcanego zamka sprowadza mnie na ziemię, poprawiam kołnierzyk kurtki, a kiedy drzwi się uchylają, staję twarzą twarz z człowiekiem, który napsuł mi sporo krwi. Niech to szlag.