Strony

piątek, 23 listopada 2018

Rozdział dziewiętnasty

Freya POV:
Nie wiem, co się dzieje po incydencie z Marie. Leżę na łóżku szpitalnym, a ostre światło wpada przez odsłonięte rolety. Dopiero po chwili dociera do mnie to, co się wydarzyło. Wrzask, kroki, płacz, wystrzał, Gabriel. Upadający Gabriel. To myśl o synu otrzeźwia mnie w mgnieniu oka, zrywam się z łóżka i mimo zawrotów głowy, wychodzę z sali. Podpieram dłoń o ścianę i człapię przed siebie, kompletnie nie wiedząc gdzie. Nie mam bladego pojęcia, który to szpital, jaki oddział i gdzie jest moje dziecko oraz jego ojciec.
- Hej! - głos Tobiasa zatrzymuje mnie w miejscu. Odwracam się za siebie i pozwalam, aby zgarnął mnie w swoje ramiona - Obudziłaś się, to dobrze. Justin właśnie wypełnia papiery, miał do ciebie przyjść.
- P-papiery? Jakie znowu papiery? Gdzie on jest, Tobias? Gdzie jest moje dziecko? Czy Gabriel nie ż-ży...
- Ciii - uspokaja mnie, głaszcząc po plecach - Gabriel żyje, Freyo. Leży na oddziale dziecięcym kawałek dalej, lekarz opowie ci resztę. Chodźmy - odsuwa się, chwyta mnie pod ramię i powoli prowadzi w kierunku miejsca, gdzie leży mój synek - Jak się czujesz? Jesteś blada. Na pewno dasz radę iść?
- T-tak, chyba tak, po prostu jestem przerażona. Nie masz pojęcia, jak bardzo się boję o moje dziecko.
- Wiem, Frey, ale mały jest w szpitalu, bezpieczny. Lekarze zajęli się nim, na pewno będzie dobrze.
- Freya! - odwracam głowę, wpatrując się w biegnącego w moją stronę Justina - Boże, przestraszyłaś mnie, aniele. Wszystko w porządku, jak się czujesz? - ogląda mnie uważnie, jakby chciał doszukać się obrażeń.

- Czuję się dobrze, naprawdę. Proszę, powiedz mi, co z Gabrielem. O-ona go upuściła, spadł na ziemię!
- Tak, to prawda. W tym nieszczęściu ktoś czuwał nad naszym dzieckiem, bo upadł prosto w śnieg, na dodatek zimowy kombinezon ciut zamortyzował upadek. Nie zmienia to jednak faktu, że Gabriel jest poobijany, ma wybity bark i obtłuczoną czaszkę - nogi uginają się pod ciężarem mojego ciała, na szczęście Justin natychmiast mnie chwyta - Usiądź - kręcę głową, ale nie słucha mnie i sadza na krześle - To nie są obrażenia, które zagrażają jego życiu, skarbie. Nic mu nie będzie, jedynie potrzebuje czasu i leków.
- Pozwól mi go zobaczyć, błagam - głos mi się łamie, a pierwsze łzy zalewają policzki - B-boję się.
- Wiem, ale już po wszystkim. Chodź do mnie - przytulam się do jego ciała, wylewając z siebie strach.



Justin POV:
Wciskam w Freyę kubek gorącej herbaty i dopiero wtedy zabieram ją do sali naszego syna. Kiedy tylko Freya go widzi, siada na krzesełku i ponownie szlocha, a ten widok boli mnie jak diabli. Gabriel nie powinien tutaj leżeć, nie powinien cierpieć i nie powinien stać się ofiarą Marie. Niestety tak się stało, a ona sama wylądowała w areszcie. Caspar przygotowuje wobec niej akt oskarżenia, a zarzuty są poważnie. Nie dość, że uprowadziła dziecko, do którego nie miała żadnych praw, to na dokładkę Caspar chce oskarżyć ją o usiłowanie zabójstwa. Cóż, to mogło się udać, gdyby nie dopisało nam szczęście. Gdyby nie śnieg i gruby kombinezon, Marie zabiłaby moje dziecko, za co poszłaby siedzieć do końca swojego życia. Nic by mnie to jednak nie obchodziło, ponieważ opłakiwałbym ogromną stratę, której nic nie byłoby w stanie zastąpić. Liczę na to, że dostanie wysoki wyrok, a sędzia nie okaże jej litości. Musi za to zapłacić.
- Boże, spójrz jak on wygląda - Freya dotyka maleńkiej rączki Gabriela, w którą wbity jest wenflon. Dotyka jego główki, na której widnieje śliwkowo-żółty siniak i krzywi się na widok rurki wychodzącej z jego noska.
- To nie jest przyjemny widok, wręcz przeciwnie, mam ochotę zabrać go stąd i schować w swoich ramionach - siadam obok niej, przytulając do siebie - Lekarz zapewnił mnie, że Gabriel dojdzie do siebie, potrzebuje jedynie czasu. Będzie obserwowany, a lekarze w razie potrzeby będą interweniować. Nie stanie mu się tutaj żadna krzywda - unosi głowę, patrzy na mnie smutno i opiera czoło o moje ramię - Jesteś zmęczona, w dodatku zemdlałaś, skarbie. Odwiozę cię do domu, dobrze? Powinnaś się przespać i odpocząć.
- Nie chcę się stąd ruszać, Justin. Chcę być przy małym, on mnie potrzebuje. Musi czuć, że tutaj jesteśmy.
- Będzie czuł, nie opuścimy go nawet na chwilkę. Ja przy nim zostanę, nie martw się. Więc jak będzie?


Oczywiście Freya nie daje namówić się na powrót do domu. Zasypia na małej kanapie, która jest w sali Gabriela i ucina sobie drzemkę. Okrywam ją kocem, aby nie zmarzła i odsuwam kosmyk jej włosów. Jest blada, ma sine cienie pod oczami i spierzchnięte usta. Martwię się nie tylko o syna, ale również o nią.
- Synku? - do sali wchodzi mama. Cichutko zamyka za sobą drzwi, podchodzi i przytula mnie do siebie. Pozwalam jej na pocieszenie, chociaż mam ochotę rozpłakać się jak małe dziecko. Chyba dopiero teraz dociera do mnie to, co się wydarzyło i faktycznie pozwalam sobie na chwilę słabości - Już dobrze, Justin. Wszystko będzie w porządku, syneczku, zobaczysz - szepcze, aby nie zbudzić Freyi, a jej dłonie czule głaszczą moje plecy - Gabriel to silny chłopiec, wyzdrowieje, zabierzecie go stąd i zaczniecie od nowa.
- O-ona mogła go zabić, mamo - szloch wstrząsa moim ciałem, przez co nie mogę się już opanować.
- Wiem, ale na szczęście tego nie zrobiła. Poniesie za to karę, pójdzie do więzienia. Tam jest jej miejsce.
- Spędziłem z nią siedem lat - odsuwam się, przecieram twarz rękami, a mama wzdycha zrezygnowana.
- Od początku czułam, że z tą dziewczyną jest coś nie tak, ale nie miałam prawa zakazać ci się z nią spotykać, ponieważ byłeś dorosłym mężczyzną. Zresztą... raz wspomniałam coś na ten temat, po czym śmiertelnie się na mnie obraziłeś. Pamiętasz? - uśmiecha się lekko, pocierając moje ramię. Tak, pamiętam aż nazbyt dokładnie, kiedy stwierdziła pewnego dnia, iż Marie ma na mnie duży wpływ. Widzieli to wszyscy, tylko nie ja! - Marie jest już przeszłością, skup się na synu i kobiecie, która jest wspaniała, Justin.
- Tak, jest - ocieram łzy, spoglądając na śpiącą Freyę. Wygląda jak anioł, mój anioł - Oświadczyłem się.
- Naprawdę? - mama zasłania usta dłonią, a w jej oczach szklą się łzy - Nie masz pojęcia, jak się cieszę.
- Ja również. Pobierzemy się jak najszybciej, ponieważ pragnę, aby była moją żoną. Kocham ją.
- I tak właśnie powinien wyglądać związek. Przy niej spotka cię to, co nie spotkało cię przy Marie.


Noc mija spokojnie. Gabriel śpi jak aniołek, lekarze wprowadzili go w stan śpiączki farmakologicznej, aby nie przeciążać jego maleńkiego i słabego organizmu. Czuwamy przy nim cały czas, przysypiając na niewygodnej kanapie. Tak samo jak Freya, wcale nie chcę się stąd ruszać. Obawiam się, że po tej akcji odbije mi całkowicie, przez co nie będę w stanie spuścić go z oka nawet na chwilę. Ufam Freyi, kocham ją, uwielbiam i mam świadomość, jak wspaniale opiekuje się naszym dzieckiem. To nie jej wina, że będę czujny. Pewne sytuacje wyczulają nas, aby być ostrożnym nawet wtedy, kiedy nie ma zagrożenia.

O dziesiątej do sali wchodzi Caspar. Wita się ze mną uściskiem dłoni, a Freyę przytula. Opowiada nam o zeznaniach Marie, o jej gniewie, braku poczucia winy czy wyrzutów sumienia. Jestem zaskoczony tym, co mówi. Miałem nadzieję, że będzie żałować tego, do czego doprowadziła, a było wręcz przeciwnie. Marie wyznała, że zrobiłaby to po raz drugi, gdyby tylko miała taką możliwość. To utwierdza mnie w tym, jak bardzo się zmieniła. Jak przygoda z surogatką zniszczyła kobietę, którą kiedyś kochałem. Pokazała mi, że wcale nie jest tym, kim myślałem, że była. Caspar twierdzi, że grozi jej nawet piętnaście lat odsiadki.
To smutne, co się z nią stało. Może i doprowadziłem do jej załamania, czy popchnąłem ją do zemsty, ale to ona ponosi odpowiedzialność za swoje czyny i działania. A chciała zabić mojego syna.


Po południu Gabriela odwiedza lekarz. Sprawdza stan jego zdrowia, wpisuje coś w kartę i informuje nas,
że sytuacja nie wygląda tak źle. Jego stan się ustabilizował, jutro będzie przeprowadzona kontrolna tomografia, aby sprawdzić, czy z jego mózgiem wszystko w porządku i wtedy zostanie podjęta decyzja o wybudzeniu go ze śpiączki. To będzie ważna chwila. Modliliśmy się z Freyą, aby mały był silny. Czekaliśmy na niego, pragnęliśmy zabrać go do domu i zapomnieć o tym koszmarze, który zgotowała nam Marie.


Jedziemy do domu tylko na chwilę. Bierzemy prysznic, przebieramy się, zjadamy posiłek i wracamy do naszego syna, przy którym czuwa Charlotte oraz Ronnie. Obie, jak i cała moja rodzina nie odstępowali nas na krok, jakby chcieli pokazać, że mamy ich pełne wsparcie. Doceniałem to, ponieważ moja rodzina była dla mnie cholernie ważna. To dzięki nim miałem siłę przeć dalej, osiągać sukcesy, starać się. Byli moją podporą w dobrych, jak i złych chwilach. Zawsze mogłem na nich liczyć i bardzo żałuję, że rodzice Freyi postąpili tak okrutnie, wyjeżdżając i zostawiając ją całkowicie samą. Miała tylko osiemnaście lat, a i tak świetnie sobie poradziła. Dzieli nas dziewięć lat różnicy wieku, kiedy ją opuszczali rodzice, ja brałem ślub. Jestem z niej dumny, że jest tak dzielna i odważna. Zgodziła się na urodzenie dziecka obcym ludziom, ponieważ zmusiła ją do tego sytuacja, którą, o ironio, zgotowała jej moja była żona. Nigdy nie wybaczę sobie tego, jak okrutnie wtedy postąpiliśmy opłacają ludzi, aby nie dali Feyi pracy. To był cios poniżej pasa. Niestety Marie miała na mnie duży wpływ, przez co zrobiłbym dla niej wszystko.

Wchodzę do sali, w której o dziwo oprócz Freyi nie ma nikogo. Ostatnio panuje tutaj całkiem spory tłok.
- Hej, aniołku - przytulam się do niej od tyłu, owijając ramiona wokół jej talii - Jak się czujesz?
- Nieźle, biorąc pod uwagę całą sytuację. Po prostu chcę, żeby już go obudzili. Boję się, Justin.
- Wiem, ja również. Musimy myśleć pozytywnie, Frey. Gabriel to silny chłopak, da sobie z tym radę.
- Nie jestem tego taka pewna, to niemowlę. Jak ma sobie poradzić, co? O Boże! A jeśli on się nie obudzi?
- Hej - odwracam ją w swoją stronę i grożę palcem - Nawet tak nie mów, jasne? Oczywiście, że się obudzi i będziemy mogli go do siebie przytulić. Obiecałem, że wszystko będzie dobrze, kochanie. Zaufaj mi.
- Jesteś drugą osobą po Ronnie, której ufam, ale na to akurat nie masz wpływu. To nie zależy do nas.
- Dość tych czarnych myśli, zabiorę cię na dół do bufetu. Powinnaś coś zjeść i przewietrzyć głowę.
- Nie zostawiajmy go - uwalnia się z moich objęć, pochodzi do łóżeczka i bierze jego maleńką dłoń.


Następnego dnia, w drugiej dobie po wypadku, lekarze zabierają Gabriela na tomografię. Chodzimy z Freyą po korytarzu, a spojrzenia rodziców, Tobiasa, Charlotte i Ronnie wypalają w nas dziury. Nie zawracam na to uwagi, ściskam dłoń mojej narzeczonej i dodaję jej siły, aby wierzyła, że wszystko będzie w porządku. 

Dwie godziny później, nasze czekanie wreszcie dobiega końca. Oddycham z ulgą na widok lekarza.
- Zapraszam do sali, opowiem o wyniku badania - przepuszczam Freyę, która od razu podchodzi do łóżeczka - Tomografia nie wykazała żadnych zmian w mózgu, a to oznacza, że państwa syn nie ma żadnych uszkodzeń. Bark się zagoi, jednak trzeba na niego bardzo uważać, ponieważ będzie sprawiał dziecku ból. Zostanie ustabilizowany usztywniaczem, aby zminimalizować ów ból. Siniaki z czasem przyblakną, a chłopiec wróci do zdrowia. Już odstawiliśmy leki, powinien się niebawem obudzić. Trzeba czekać.
- Dziękujemy, panie doktorze. To są wspaniałe wiadomości. Kiedy będziemy mogli zabrać go do domu?
- Powoli. Na razie zostawimy go na obserwacji. To jeszcze maleństwo, dlatego trzeba na niego dmuchać i chuchać. Wypuszczę go dopiero wtedy, kiedy będę miał stu procentową pewność, że wszystko jest dobrze. Jeśli nie wystąpią żadne komplikacje, a nie spodziewam się ich, okres obserwacji to cztery, pięć dni.
- W porządku, jego zdrowie jest najważniejsze. Zostanie tyle, ile będzie trzeba. Żeby tylko wyzdrowiał.
- Na ten moment jest lepiej, niż się tego spodziewałem. Proszę być dobrej myśli i czekać na wybudzenie.
- Jeszcze raz dziękujemy - ściskamy dłonie panu doktorowi, który wychodzi i zostawia nas samych - I jak?
- Och, czuję przeogromną ulgę - Freya posyła mi lekki uśmiech, którego tak dawno nie widziałem.
- Mówiłem, że będzie dobrze - obejmuję ją, składając na jej ustach czułego buziaka - Nie wierzyłaś mi.
- Wierzyłam - zarzuca dłonie na moją szyję, staje na palcach i pociera nosem o mój - Kocham cię, wiesz?
- Wiem, a ja kocham ciebie. Tylko ciebie. Na zawsze - opieram czoło o jej, zamykam oczy, a w moim sercu pojawia się dziwny spokój, którego nie czułem od dawna. Teraz musi być dobrze.
 





***

Siedem dni później razem z Casparem pojawiamy się w sądzie. Wahałem się, czy dobrze robimy, ale Freya była tak zdeterminowana, iż nie miałem sumienia wyperswadować jej tego pomysłu z głowy. Wyznała, że na własne oczy chce zobaczyć Marie po raz ostatni i usłyszeć wyrok skazujący. Tak oto zasiadamy w ławce, chwytam jej dłoń i ściskam mocniej dodając otuchy. Sam czułem się dość niepewnie, a w mojej głowie przewijała się nasza rozprawa rozwodowa, którą pragnę wymazać sobie z pamięci.

Proces nie trwa długo. Sędzia się nie gramoli, ma mnóstwo dowodów, których nie można podważyć, dlatego trzydzieści minut później moja ex żona słyszy to, co wszyscy. Piętnaście lat bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Na sali rozlegają się szepty, a sędzia wali młotkiem, aby ich uciszyć i dodaje, że Marie ma uczęszczać na terapię panowania nad gniewem. Co za ironia, że sekundę później wybucha niczym wulkan, wydzierając się na całe gardło. Wlepia wzrok w moją narzeczoną, którą wyzywa, bluźni i nie szczęści słów, na co sędzia kręci głową. Co dziwne, Freya podnosi się, wygładza materiał czarnej sukienki i... uśmiecha się do Marie. Jest to zwycięski uśmiech, pełen dumy. Sztuczki Marie się nie powiodły, Freya wygrała.

Kiedy wchodzimy do domu, wszystko z nas ulatuje. Oddychamy z ulgą, że ten koszmar mamy za sobą i wpatrujemy się w naszego syna, którego trzyma moja mama. Biorę go w ramiona, przytulam do siebie i całuję w główkę. Był jeszcze obolały, dlatego musieliśmy na niego bardzo uważać i dodatkowo chronić uszkodzony bark. Jednak zagrożenie minęło, a czas pozwoli na wygojenie się wszystkich ran.
- Cieszę się, że już po wszystkim - Freya pochodzi do mnie, uśmiecha lekko i wsuwa dłoń pod moje ramię.
- Ja również, aniele. Teraz możemy zacząć od nowa. Więc... kiedy za mnie wyjedziesz? - poruszam brwiami, na co przewraca oczami. Nim ma szansę odpowiedzieć, do domu ładują się Charlotte z Tobim i Ronnie, oraz mój ojciec - No to po spokoju - burczę pod nosem, a moja piękna blondynka zatyka mi usta pocałunkiem. Oj, dam jej miesiąc, a potem wcisnę jej na palec obrączkę.






K O N I E C 






**************************
Hejo!
Tak oto dotarliśmy do końca :)


Przez moment śmigło mi smutne zakończenie, ale nie mogłam się przemóc, żeby uśmiercić małe dziecko. Mam za miękkie serce :P

Dziękuję każdemu z osobna za czytanie, komentowanie, obecność. 
Zostajemy z Nilą i Jasonem, ale w zapasie mam jeszcze dwa opowiadania :)
Rzucić wam coś w weekend, czy może wolicie na razie czytać jedno?

Ściskam i całuję!
Kasia